matką być albo nie być - czy decydować się na dziecko, macierzyństwo - blog

Matką być albo nie być 🤰🏻👨🏻‍👩🏻‍👧🏻‍👦🏻 Oto jest pytanie

Nie planowałam pisać niczego mądrego na Dzień Matki, ale różne obserwacje i myśli zaczęły jednak się pojawiać. Więc proszę bardzo.

Przy czym będzie to bełkot osobisty. Tak jak hamerykańskie blogerki mają obowiązek zaznaczyć, pisząc, że warto pić wodę, że nie są lekarzami i one tylko tak plotą, a Ty skonsultuj się z lekarzem, tak i ja proszę, by naiwne młode dziewczęta albo starsze, ale wciąż głupie 😉 nie przekładały moich dumań na swoje życie. Nie biere odpowiedzialności. Jeno wypisuję, co mi dziś na myśl przychodzi, co może i u mnie już jutro być nieaktualne.

Po pierwsze chcę dać znać, że coś takiego, jak instynkt macierzyński istnieje. Do niedawna nigdy go nie czułam, bo jak każda istota w tych czasach wychowywana, jestem zrobiona na świetnego faceta tudzież na grzeczną płeć średnią. Ale to inny temat.

Instynkt macierzyński istnieje.

Upewniłam się co do tego, gdy w naszej okolicy jedna kobieta urodziła. W momencie otrzymania tej informacji, mój środek od razu odpowiedział: ja też… Ja też chcę, ja też muszę, ja też to zrobię. To takie z wnętrza, z mięsa, a może z duszy, nie z logiki i nie z rozumowej analizy.

Zapytałam Męża, czy też tak poczuł. Stwierdził, że nie, ale że on ma tak, kiedy słyszy o czyjejś pracy: że ktoś sobie to fajnie zorganizował, ma sukcesy, to on też ma ochotę wytyczyć sobie super-ścieżkę.

No i niech tak będzie, jak Bozia stworzyła, że kobieta rodzi, a mężczyzna przynosi diengi.

Czyli poczułam, że ja też chcę dziecko. Jak ona ma, jak ona urodziła, to ja też. I tu znowu jesteśmy w naturalnym, pierwotnym, a nawet boskim. To pierwsze, podświadome odczucie pokazuje, że tam gdzieś w naszym kościanym czy duchowym rdzeniu jest zapisane: dziecko to skarb. Tak jak mówi Biblia i wiele religii: dziecko to błogosławieństwo, nie ma większego skarbu niż dzieci, szczęśliwy ten, kto ma wiele.

Ten, kto ma wiele…

Ostatnio używam Instagrama (tak, tekst, a nawet dwa, o tym, dlaczego social media są złe, czekają na dokończenie, podobnie jak tekst o tym, dlaczego jednak może warto ich używać) i obserwuję tam m.in. Paukę Chmielewską i Olę od Kur (jaklubimy). Obie mają już dużo dzieci, bodajże po pięć czy coś koło tego. I obydwie są właśnie w kolejnej ciąży!

No to też mnie wzięło. Wiecie, w Internecie pokazuje się głównie te fajne strony życia. Więc i ja tak chcę. Może zrobię sobie ciążę?

W zasadzie w pierwszej ciąży czułam się jak Królowa Wszystkiego. Więc naoglądawszy się Pauki z rzodkiewkami, zaczęłam fantazjować o moich przyszłych zachciankach ciążowych. Ot na przykład o parówkach, pogryzanych lodami…

Tak sobie fantazjuje, odpływam. Fantazjuję – to najlpesze słowo…

W tym momencie słyszę krzysk-pisk-wycie. Młodszy, lat 3,5, zsiusiał się w łóżko po dwóch godzinach drzemki, która to drzemka zresztą nastąpiła za późno (rodzice wiedzą, o czym mówię). Duży Chłopak, a jeszcze takie problemy. Dziecko półprzytomne wyje, bo wybudzone ze snu, bo mokro-zimno-nieprzyjemnie, bo matka rozbiera – zimno, zapala światło, wrzuca do wanny – jemu zimno, matce ciężko jeśli chodzi o wagę Chłopa, matka myje na stojąco, a tu spanie by się chciało kontynuować…

I wieczór załatwiony, w sensie zagryziony, w sensie będą jęki i lewy humor, dopóki nie pójdzie spać, a nie pójdzie spać szybko, bo miał drzemkę.

Zapędziłam się. Miałam dodać, że w momecie skrzysk-pisk-wycie i zorientowania się co do przyczyny (siusiu na łóżko), pierwsze co powiedziałam, ostro, to było: wyciąć macicę.

Także to tyle, jeśli chodzi o fantazje.

Duży Chłop, a siusia. Może to moje zaniedbanie. Ale weź bądź książkowym, zaplanowanym wg instrukcji i stabilnym emocjonalnie rodzicem, jeśli to nie jest pierwsze dziecko, czyli masz w domu jeszcze jakieś, jeśli zahaczasz o czwarty rok nieprzespanych nocy i masz skład krwi osoby, która leży, bo nie ma siły podnieść się z łóżka, i lekarze g potrafią z tym zrobić.

Ale jest i taka możliwość, że może niektóre dzieci tak mają, że w jakichś tematach są trudne, że im z czymś trudno, że nie rozumieją, takie, że coś będzie z nimi później. I rodzicowi trudno.

Poród jest straszny. Mimo że Młodszego rodziłam w domu (dlaczego? – bo Starszego rodziłam w szpitalu) i na wielu poziomach było to bardzo spoko, to ból porodowy jest taki, że ja nie powiem, że jest fajnie i słodko, i taka mistyka. Żałowałam, że w ogóle „to zaczęłam”, w sensie ciążę, chciałam wyjść ze swojego ciała, mówiłam, że nigdynigdyNIGDYwięcej. Podczas porodu szpitalnego natomiast, a było to, kiedy pewne państwo niby-religijne na plaży ludziom głowy… i takie tam inne wiadomości były (jeszcze bywało wtedy że oglądałam), byłam w takim bólu, że w tym momencie mogliby mi tę głowę, czy cokolwiek, czy do krzyża… To był ten sam ból. (Wiem, bo wiem).

Do tego, skoro poród jest straszny, kobiety się tak na nim skupiają, że zapominają o tym, co będzie po. Ja dzielnie, wspaniale, w domu urodziłam Młodszego. Dopiero podczas pierwszej nocnej pobudki przypomniałam sobie, słaba na ciele i zmęczona jak cholera, że są i czym są nocne pobudki. W moim doświadczeniu były to po prostu momenty, kiedy dziecko wyło bo wyło i jak już nie mogło cyca, to trzeba było nosić, nosić, a ono wyło i wyło.

Zapomniałam też na przykład o temacie: ulewanie. Nic strasznego, nic poważnego, ale zapomniałam, że to robią małe ludzie!

Ból kurczącej się macicy, po drugim porodzie równy skurczom porodowym, kiedy to przeklinałam Boga (w dzień po porodzie, z dzieckiem na brzuchu, mając skurcze porodowe, rozumiecie?). Ponoć po każdej ciąży te skurcze są bardziej bolesne czy też długotrwałe.

No i potem małe dziecko. Nie moja bajka. Albo może tylko nie przy tym składzie krwi. Może gdybym była silniejsza fizycznie. A może gdybym była lepiej przygotowania do bycia żoną, mamą, kurą domową na poziomie emocji, psychiki i spraw praktycznych. Ale dzisiaj się tego nie uczy.

Małe dziecko to po prostu jakieś coś non stop. Kupa, jeść chce, jedzenie wyplute, brak nocy, nosić musisz, w wózku nie poleży, wyje, wyje, wyje, chce rzeczy, których nie powinno. Uśmiechy są słodkie jak miód-malina, ale nie żeby wynagradzały.

Piersi bolą, ale to chyba wobec wszystkiego najmniejszy problem. Znaczy jak bolą, to znika Ci reszta świata, ale jak przejdzie, to przejdzie.

Na łożu śmierci widzę siebie w otoczeniu siedmiu dzieci. Tak bym chciała. Dla mnie to jest wspaniały obrazek.

Tylko wiecie, jak ktoś chce zostać Stevem Jobsem, to musi zrobić po kolei wszystko, co zrobił Steve Jobs.

Tak samo kobieta, żeby mieć na stare lata siedmioro dzieci wokół siebie, musi…

Sory, Batory, sory, Stefanie, trzeba zainwestować.

W tym momencie na sto-i-milion (liczba używana przez nasze dzieci) procent jestem pewna, że dzieci to skarb i kto ma więcej, ten ma lepiej.

A teraz jeszcze jedna sprawa. Powiem Wam, jako dla niektórych bardziej doświadczona koleżanka, bo może Wasza mama, położna ani nikt o takich rzeczach nie mówi. Będzie biologicznie i o mięsie, kto nie lubi, niech pominie następny akapit.

Chodzi o to, że rodzisz dziecko. Wiesz, którędy. I często dziecko jest na tyle duże, że się nie mieści na wyjściu i Twoje tkanki pękają… (albo w szpitalu położna rutynowo Cię skalpelem ciacha). W dół, czyli w tył. Na ogół po skosie. Ale jakby tak to rozerwanie dotarło do… co się zdarza? To wtedy po porodzie, obolała i na dole, i w piersiach, zmęczona, w emocjach i z wyjącym bąblem… latasz na randki z proktologiem i nie chcę wiedzieć, jak i co w tamtych okolicach może się dziać.

Oprócz instynktu są jeszcze takie rozumowe fakty, które trzymają mnie jako twardom babę XXI wieku, która wszystko sobie sprytnie wyliczyła, cwanie zaplanowała i postanowiła, że do trzydziestki zamyka fabrykę.

Jak sobie liczę, do kiedy by się odchowało dziecko teraz lub później rodzone, to sobie myślę, że… no nie… Z drugiej strony, zupełnie logicznie i trzeźwo zaczęłam zapytywać się, czy gdy odchowam i wypuszczę, to rzeczywiście będę cieszyła się tym, co dzisiaj nazywam wolnością, czy będę tego chciała, czy będę myślała w tych kategoriach, czy może będę żałowała, że nie snują mi się wciąż po domu jakieś wieczne głodne nastolatki. No ale dzisiaj sobie na to nie odpowiem.

A oczywiście poza mięsem porodu macierzyństwo to też codzienne bycie z bliskimi ludźmi, czyli tymi, którzy dają nam w życiu najwięcej lekcji, najmocniej nas trenują. To też wychowanie małych bąbli na dobrych, dorosłych ludzi, radzących sobie w Życiu. A na to nikt nigdy i nigdzie Cię nie przygotował.