Myśli z sierpnia

Czy nie jest tak, że pod wpływem różnych mediów, od seriali, przez reklamy, po Instagramy znajomych, straciliśmy szacunek do zwykłych dni? Takich spędzanych w domu, bez wyjątkowych czynności. Bez wycieczek, bez odhaczenia przełomowych zadań albo wielkiej liczby nieprzełomowych.

Takich dni, kiedy wstajesz, myjesz się i ubierasz, jecie, rozmawiacie, każdy trochę dłubie swoje zajęcia, trochę zajmujesz się najważniejszymi aktualnie potrzebami domu, ciuchów czy kuchni i tak jakoś dzień mija…

Czy nie tak żyło się kiedyś? Bez wielkich szaleństw, bez wielkich planów, bez oryginalnych projektów. Żyło się w promieniu kilkunastu kilometrów od swojego domu, często równego miejscu urodzenia, podejmując w ciągu życia mniej decyzji niż jedna współczesna osoba podejmuje w ciągu jednego dnia.

Bez wielkich szaleństw, bez wielkich planów, bez oryginalnych projektów. Po prostu kolejny dobry dzień i zakręcenie się wokół spraw swojego (i nie tylko!) życia.

To jak, spuszczamy z Insta-tonu?

(Inspired by: Agnieszka Krzyżanowska, Żyj po swojemu, przeczytana w Legimi)

Irytują mnie, ale i śmieszą smsy od premiera.

„Byndzie wiatr. Zdejmij majty z balkonu.”

W tym roku w stu procentach przypadków na tych wiele smsów – wiatru szczególnego nie było.

Co macierzyństwo odbiera? Wiele. Na przykład zabiera rozkosz z życia.

Nie upieczesz już ciasta z przyjemnością i czułością. Upieczesz z przerywaniem, stróżowaniem nad składnikami, by nikt ich nie zjadł lub z asystentami.

Seksu nie zrobisz jak w komedii romantycznej, że przed dwudziestą drugą, na etapie wcześniejszym niż padam na ryj i śpię na stojąco, niespiesznie, bez nieletnich w łóżku, ba, bez nieletnich w mieszkaniu!

Spokojne, a raz na jakiś czas nawet powolne poranki (w Twoim własnym tempie)? Książka z kawą (bez przerywania)? Drzemka?

Niet. A przynajmniej ja nie opanowałam tej sztuki.

Dzieci są różne. Wiadomo. Jak to ludzie.

Ale wiecie co? Ja myślałam, że dzieciaczki różnią się zachowaniami, zainteresowaniami, czasem zdobywania nowych umiejętności, ale że ogólnie wychowanie tych różnych dzieci ma stały dla każdego malucha poziom trudności. Że z każdym dzieckiem jest inaczej, ale z grubsza tak samo łatwo / trudno.

No i okazuje się, że nie.

Przypuszczałam, że moje trudności z dziećmi, traktowanymi jako zbiór, to element zwykłych różnic między nimi. Ale nie. Za długo się przeciągało.

Potem swoją niezręczność, brak cierpliwości i nerwy zaczęłam składać na karb… bycia nie taką matką, jak powinnam. Albo na karb zbyt wygórowanych wymagań. Tych moich, tych przyswojonych z otoczenia, no i wymagań dzieci.

Nie, kochani. Po takim czasie widzę to wyraźnie. Może być tak, że komuś trafi się bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, nieziemsko, niesprawiedliwie trudne dziecko. Urodziłam jedną sztukę.

Chodzi o to, że trzech-czterech synów obsługiwałoby mi się łatwiej niż jednego syna i jednego bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, nieziemsko, niesprawiedliwie trudnego syna.

Mam więc diagnozę, idę na łąkę szukać leku (tak serio to siedzę w domu, bo już bliżej wieczora i ciasto się piecze, i premier wysyła smsy, że wiatr będzie, więc muszę majty zdjąć z balkonu… i wszystkiemu towarzyszą znaczne odgłosy zabaw częściami z rozmontowanych zabawek w pokoju obok).

Jeśli dobrze rozegrasz sprawę, to znaczy jeśli starasz się zupełnie nie naciskać, wtedy może być tak, że dzieci proszą Cię o zadania do nauki tak gorąco i intensywnie, jak o lody czy wyjazd do dziadków. Właśnie mam to u siebie w temacie pisania i czytania.

A żeby dzieciom dalej się tak chciało przygotowywać do dorosłego życia, nie zniechęcasz chłopaka żadnym durnym Ala ma kota, tylko piszesz mu nazwy planet i zdania w rodzaju Saturn pięć leci na Księżyc oraz Witamy na Marsie.

Czytaj więcej o edukacji domowej.

Zrobiłam wielkie zakupy. Wielkie zapasy produktów spożywczych, które mogą długo postać. Kasz, makaronów, soli, koncentratu, keczupu, płatków owsianych… Napełniłam zamrażarkę, choć jej ograniczona pojemność nie pozwala nie wiadomo jak zaszaleć.

(Przerwa na ratowanie zielonej gąsienicy z mojego prywatnego boiska do koszykówki. Taka jestem eko-sreko rycerska).

To daje fajne poczucie bezpieczeństwa. Nawet jeśli władze znów by się wydurniły jak na wiosnę, ja muszę latać do sklepu jedynie po warzywa, owoce, wędliny, jajka, masło, pieczywo, z czasem po świeże mięso. Ale od biedy (na wielkim, pustym boisku trzeba trafić piłką w matkę, prawda?) i na samej kaszy przez parę dni się przeżyje. A na kaszy z boczkiem to po królewsku.

Przy czym mam pełną świadomość, że tak zwana samowystarczalność jest mitem.

Moje zapasy spożywcze to tyle, jakbyś nie wypstrykał się ze wszystkich pieniędzy, tylko miał ich zapas na jeszcze miesiąc życia. To jest coś, ale to też niewiele.

Samowystarczalność nastawiona na przetrwanie wszystkiego jest mitem.

Nawet jeśli człowiek miałby zapasy pożywienia, produkcję pożywienia, własną wodę pitną, jej zapasy i zebrane cysterny deszczówki, własne źródła prądu, a nawet lekarza wraz z przyrządami i substancjami na pokładzie…

to czy taki człowiek w razie bardzo trudnej sytuacji byłby w stanie, w państwie polskim, obronić się przed złodziejami w postaci głodnych i zmarzniętych sąsiadów albo – gdyby to mu się jakoś udało – spokojnie patrzeć na głód i umieranie tych sąsiadów, a może nawet garnących się do niego krewnych?

Czy uratowałby swój dobytek z pożaru, zapoczątkowanego przez hordy takich głodnych?

Nie wspominając o innych wyzwaniach i trudnościach, począwszy od dużego nakładu pracy fizycznej po kwestie psychiki, kontaktu z ludźmi.

Tego typu samowystarczalnością być może można by się wspomóc, a nawet przetrwać różne katastrofy, pod warunkiem, że stosowałyby ją całe wioski, może i kraje.

To się wypowiedziała Baba z Bloku i Polka, czyli Specjalistka od Wszystkiego.

Aha, po takich zakupach, ściąganiu z półek, wyciąganiu z wózka, pakowaniu do wózka, do samochodu, z samochodu, do słoików i po szafkach – czuję plecy. Zdecydowanie.

To musisz poznać:

26 sierpnia. Od wczoraj przyjemnie czuć jesień.

Gdy były upały – cieszyłam się tym. Gdy popadało – było przyjemnie. Gdy przyszło ochłodzenie – czuję ulgę.

Dobra jest ta druga część sierpnia. Gdy Słońce wyjdzie – jest upał, a gdy schowa się za chmurą – jest zdecydowanie chłodniej niż w pełni lata.

Chłodne wieczory ze świeżym, rześkim powietrzem i gorąco letnie dni. Jest wszystko. I jeszcze nie wonieje z kominów.

A teraz jakieś nie zawsze wzniosłe myśli me spod fot na Insta. Bywam tam raz na pół roku, ale Wy nie musicie, bo i tak wszystko wyląduje tutaj, jak teraz:

Nisko skoszone miejskie trawniki to wymyślił chyba jakiś sprzedawca leków na depresję. Apeluję o powrót do piękna i różnorodności.

Kiedy Mąż rano powie Ci, że jesteś jak wino: im starsza… Przy czym ja jeszcze dużo starzenia się mam przed sobą, więc za dziesięć lat pewnie będzie tak, że w zachwycie jakiś pomnik mi walnie.

Kiedy pytasz Męża, które ubranie wybrać na wspólną wycieczkę, a on mówi, że takie, żeby inni faceci się nie gapili. To chyba trafiłam tego jednego na milion, który TAKIE rzeczy dostrzega i rozumie. Że pewne rzeczy warto zachować dla siebie. To co pod majtkami, to co w zielonych dolarach i może kształty żony własnej też.

Kiedy Mąż słucha czyjegoś gadania o bieganiu, że cerę poprawia i przychodzi do Ciebie powiedzieć, że tak gadają, ale Tobie leżenie poprawia cerę.

Trochę to nie motywuje do zajęcia się sobą i aktywności fizycznej. Ale jest super.

Aha. Lubię tak zadbane działeczki i okolice. Nie zabetonowane, nie wygolone trawniki z cmentarnymi tujami, ale też nie chaszcze. Zdrowe dogadanie się z naturą z dodatkiem czegoś nie-zwierzęcego.

To jak kobieta, która uczesała włosy, może machnęła mascarą, ale nie wstrzyknęła botoksu.

Ciasto, które opada w 100 przypadkach na 100 i które zjada się w pół dnia także w 100 przypadkach na 100. Oficjalnie tarta czekoladowa, po naszemu: czarne ciasto.

Przygotowywane oczywiście z asystentami.

Sytuacja wygląda słodko. A odbywa się np. kosztem tego, że pierwszym moim posiłkiem był dopiero obiad, że zabawki są bardzo rozwalone i bardzo wszędzie, i kosztem paru innych rzeczy, o których nawet głupio pisać.

Tak piszę, żebyście nie zazdrościli Instagramowi tych obrazków i tego niby życia.

Zawsze jest coś za coś, nigdy wszystko na raz nie jest perfekcyjne, wszystko ma swoje + i – albo jak ja mówię: życie to i kupa, i kwiatki.

Ach, a to jest JEDYNY rodzaj ciasta, które piekę od miesięcy, bo zbyt często nowe przepisy nie wychodzą, nie wyczuwam piekarnika, wolę stawiać na ten jeden pewnik. #instagramvsżycie

Przeczytaj „Myśli” z innych miesięcy. Najnowsze dostępne są tylko dla osób zapisanych na newsletter.