dlaczego tak trudno wytrzymać z dziećmi - blog o rodzinie

Krótko, konkretnie i znowu o rodzinie 👨🏻‍👩🏻‍👧🏻‍👦🏻

Wczoraj w jakiejś sprawie przecięły się nasze drogi z Takim Jednym Panem.

Widział, że mamy dwóch Chłopców w wieku przedszkolnym i gdy się rozchodziliśmy, chciał się podzielić… no chyba wyrazami współczucia. Pytał naszych Chłopców, czy nie chcą już do przedszkola, czy nie tęsknią (bo oczywiście w homogenizowanym świecie pana wszyscy żyjo tak samo i siytkie dzieci chodzo do siećkola). Dodał, że on wie, bo on ma bodajże syna, w każdym bądź razie potomek lat dwanaście i ten cały bajzel z pseudokoroną, powoduje że on jest testowany, czy swojego dzieciaka nie ukatrupi. Że codziennie ma na to chęć.

Ludziska drogie.

Ja rozumiem. Ja jak najbardziej rozumiem.

Tysiące rodziców teraz wariuje, bo są ze swymi dziećmi. Ja jestem ze swoimi zawsze od zawsze. Także wiem, o jakiej rzeczywistości mówimy. Ja z niej nie wychodzę od sześciu lat.

I teraz tak. Też zdarzają się momenty, że chciałabym wysłać swoje dzieci w kosmos. Są momenty, że tak mnie irytują, że nie wiem, czy im coś zrobić, czy swoją głową walić w kafelki, czy wyrwać ze ściany szafkę łazienkową i rozwalić nią drzwi, czy włączyć głupi serial albo… poczekać do wieczora.

I te chwile zdarzają się… częściej niż bym chciała.

I mam dni, może teraz już rzadko, ale miałam takie okresy, kiedy dzień za dniem, wstając koło tej siódmej… od razu zaczynałam czekać na wieczór. W sensie na moment, kiedy dzieci będą znowu wyłączone.

Ale jedna rzecz odróżnia mnie od dzisiejszego pana i chciałabym, żeby i Was zaczęła odróżniać.

Tak, ja rozumiem, w emocjach sobie pok_rw_my, może rzucimy jakimś przedmiotem (pluszowym!).

Ale tak serio, ludzie.

Jeśli zdarzy Ci się zwymiotować, uznajesz, że zjadłeś coś bardzo nieodpowiedniego. Raz na piętnaście lat może się zdarzyć. Jeśli wymiotujesz i następnego dnia, być może przeczekasz. Ale gdy wymiotujesz trzy dni (i nie jesteś w ciąży), zapala Ci się lampka alarmowa i zaczynasz pilnie szukać pomocy. A może nie? Może tak na luzie wymiotujesz wszystko, co zjadłeś, wymiotujesz przez trzy lata i czekasz aż samo przejdzie?

Jeśli raz mnie dzieci doprowadzą na skraj, jakoś z tego wychodzę. Drugi raz – wychodzę. Trzeci – jakoś to przeżyję.

Ale za siedemnastym razem u zdrowego psychicznie człowieka pojawia się pytanie: A dlaczego tak jest? Co mnie właściwie aż tak do kości irytuje? Dlaczego to mnie irytuje? Czy to coś można zmienić? A może ja mogę zmienić swój odbiór tego czegoś, może reakcja jest nieadekwatna do dzisiejszego mojego życia?

Może zwyczajnie dobrze by było, żebym poświęciła temu problemowi uwagę? Żebym to przepracowała, zmieniła, wyeliminowała, zastąpiła czymś lepszym?

Powiedzieć, że własne dzieci mnie wkur_ i się tak dzień za dniem w swoim jedynym i pięknym życiu wkur_ć, czekając, kiedy papa państwo weźmie ode mnie tego bachora? A weźcie się, ludzie, chluśnijcie w twarz basenem zimnej wody.

A może jak takie odruchy masz i nie stać Cię na dłubanie w psychice, to trza się wysterylizować? Po co płodzić, jak potem coś takiego serwujesz dziecku, że go nie znosisz i nawet nie próbujesz przekształcić tej sytuacji?

Kochasz te dzieci? Ważne są dla Ciebie? Chcesz się z nimi dobrze czuć? Chciałbyś się nauczyć mieć z nimi takie relacje, tak wypełniać wspólny czas, by być razem z radością albo chociaż w porządku?

To wyrzuć za okno Instagrama, mądrą książkę, może nawet ambitne gotowanie i jak trzeba sprzątanie, może pracę sobie okrój i się zajmij umiejscawianiem swoich dzieci w swoim życiu w taki sposób, żeby bolało może przez 10% czasu, nie przez 90%.

Czy coś w ogóle jest warte więcej niż pokój i miłość w Twoim domu, w Twojej rodzinie?

Co najgorszego może się wydarzyć, jeśli rzucisz tego Instagrama, książkę i okroisz pracę, żeby zwolnić, zatrzymać się i przyjrzeć mechanizmowi mega irytacji z powodu przebywania z własnymi, kochanymi dziećmi?

A może to tylko ja jestem jestem jakaś prehistoryczna, że kocham swoje dzieci, że one są dla mnie ważne, że w ogóle ze wszystkich rzeczy i zjawisk świata tego najbardziej chroniłabym i najbardziej szanuję Człowieka?

Bo jest i taka sprawa, że pod wszystkimi materialnymi i emocjonalnymi obciążeniami związanymi z byciem rodzicem, Ty te dzieci kochasz. Chcesz dla nich wszystkiego co najlepsze. Żeby dobrze się czuły.

I teraz spójrz na to swoje dziecko z tym Twoim odczuciem, że bywa, że go mocno nie znosisz.

I zastanów się, kto, jeśli nie Ty, mógłby go kochać tak jak Ty albo bardziej. Ciocia? Pani w przedszkolu? Oj, chyba marne zastępniki. Ty musisz nauczyć się je kochać, jeśli chcesz, by były kochane najmocniej, jak się da, czyli tak, jak każdy człowiek potrzebuje być kochany.

Jeśli nie znosisz swoich dzieci, jestem w stanie zrozumieć. Ale jeśli nie próbujesz tego zmienić… chluśnij się basenem.