jak wyciągnąć gołębia z wentylacji komina

Jak zostałam wybawicielką i opiekunką 🐦 młodego gołębia

Wyobraź sobie, że w lutym słyszysz z kratki wentylacyjnej gruchanie gołębia. Przez kilka dni.

W zwykłym, corocznym mailu do administracji budynku, wysłanym 12 lutego, zawierasz więc akapit:

Dodatkowo, w tym roku słychać gołębie w przewodach wentylacyjnych. Proszę o sprawdzenie, czy nie ma gniazd także na dachu lub kominie i najlepiej – o zamontowanie zabezpieczeń (kolców?) w okolicy wylotu wentylacji.

(pogrubienia jak w oryginale)

Administracja, tak jak w poprzednim roku, zadbała o wezwanie ekipy z koszem na wysięgniku, która postrącała gołębie śmieci z rynien i innych zakamarków zaprojektowanych przez wesołego architekta.

No i masz początek maja.

Pewnego dnia zaczynasz słyszeć młode. O, wykluły się im tam, na górze, myślisz. Mija dni kilka.

Sobotnie popołudnie spędzasz z rozkoszą zwiedzając nowe kawałki okolicy. Mogłabyś pozostać w tym przyjemnym stanie relaksu do samego wieczora, ale ciamkając coś w kuchni i żartując z tych gołębi i administracji dociekliwy Mąż odkrywa, że pisklak jednak podszedł tuż za kratkę wentylacyjną, że widać jego pióra, oko, pazury, dziób i dużo, dużo piór.

jak wyciągnąć gołębia z wentylacji - blog matki (2)
Widzicie te szpony?

No to tak jakby nastrój prysł.

Miałam w domu ptaka. Który albo musiał wyjść na mój dom, co jest ohydą. Albo mógł wcale nie chcieć wychodzić i mógł sobie tam utknąć z powodu grubości albo osłabnąć z braku wody i pożywienia i… rozkładać się.

Była sobota. Mieliśmy opcję kombinowania we własnym zakresie lub wezwania kogoś, kto wlezie nam butami i być może rozkuje pół kuchni, bo czemu nie. O ile by przyjechał. Bo wikend.

A dlaczego napisałam, że ptak ohyda? A nie? Jelenie są przyjemne, a nawet dostojne, koty, psy w porządku, łosie zachwycające. Natomiast ptaki i owady mogę podziwiać, ale z odległości. Nawet jeśli to jest głupia mucha, nie znoszę jej obecności. Jest dla mnie nieprzewidywalna, bo ma nade mną przewagę, bo… porusza się w 3D. A ja w 2D. Wszystko co lata jest dla nas nieprzewidywalne. Ptak do tego jest większy od muchy, nie wiesz, co zrobi, ma te pióra, nieprzyjemne pazury (nie to co kaczka) i tak trochę pasuje do horrorów.

Ale co zrobić, trzeba było stanąć oko w oko z wyzwaniem.

Jak wyciągnąć ptaka z wentylacji?

Trudno coś pomocnego znaleźć w Internecie, więc piszę, może komuś się przyda moje doświadczenie.

Metoda, która zadziałała u nas, zaczęła się od wybudowania pod otworem konstrukcji ze stolików, pudeł, szafek, koszy aż pod sufit, przy czym ostatnim elementem konstrukcji było pudło, do którego ptak miał przejść z otworu wentylacji.

Także po pół dnia relaksu na słońcu i tak zwanym zatruciu tlenem (zmęczenie ciała nieprzyzwyczajonego do zdrowej ilości świeżego powietrza), do późnej nocy bawiłam się w DIY:

jak wyciągnąć ptaka z wentylacji
Bywa, że minimalistka przechowa jakieś niepotrzebne pudło w piwnicy.

W pudle ptaszydło miało wodę i jakieś jedzonko (chleb, ugotowana kasza). Ale przez noc nie przeszło z rury do pudła. Może spało.

A poza tym ptak bał się. Jednak tam był kilkucentymetrowy spadek z rury do podłogi pudła. A rura już swoja, oswojona.

Skończyło się na tym, że po śniadaniu włączyłam dzieciom bajeczkę, żeby zainteresowane nie piszczały i nie gadały w kuchni. Stanęłam na drabinie naprzeciwko pudła i zaczęłam jak głupia gadać do gołębia, uruchamiając tryb matka. Podszedł do końca rury, ale bał się wejść do pudła.

No to zaczęłam wszystkie aciuciuciu, nionionio maniuni, chodź tu, masz jedzonko, wody się napijesz, wrócisz na dwór, nie możesz tu mieszkać, ciuciuciu. Cobyśmy się ze sobą oswoili.

Do tego włączałam jego własne piski nagrane wcześniej na telefon – i to najbardziej go motywowało.

Niuniuniałam tak ze dwadzieścia minut, mając już w głowie wizję wywalenia tych pudeł, nałożenia grubych rękawic Męża i wyciągnięcia tego ptaszydła za głowę. Ble. Z tego ble w tej opcji mogłabym spaść z drabiny. No ale w końcu wskoczył do pudła, książką zatkałam otwór, wyniosłam pudło na balkon i… poczułam się lżejsza o trzydzieści kilo.

podlot gołębia, młody gołąb wyjęty z wentylacji
Oto i ptaszydło. Wielkości prawie dorosłego gołębia, tyle że ogon krótki i te żółte włoski na szyi. Oficjalnie się to nazywa podlot, czyli już nie pisklę, ale i nie dojrzały.

Po wielkim ufff i odskakaniu tańca zwycięzcy w swoje głowie musiałam zastanowić się, co zrobić z uratowanym gołębiem.

Powiem Wam, że szkoda było mi go oddawać i gdybym miała działkę, sama bym go odchowała.

Ale tak i balkon mi upaskudzi, i nie chce mi się uczyć, czym on się żywi, a niektórzy to piszą, że trzeba otwierać takiemu dziób i zakraplaczem, i gdzież ja na balkonie będę go uczyć latania… Na trawę czy w krzaki nie posadzę, bo koty.

No to szukam.

Można oddawać do zoo w Wwie bez problemu. Świetnie. Dzwonię. Nagranie mówi mi, że bojo się kowida, więc nie mogę odwieźć. Aha.

Jest jakiś azyl dla ptaków koło nas w lesie. Nikt nie odbiera telefonów.

Jest coś takiego u nas jak eko patrol, taka resztka byłej straży miejskiej, która szuka śmieci po lasach. Nie odbierają telefonów. Nie odpisują na smsy.

Wikend, panowie. W tygodniu kochamy zwierzęta i jesteśmy wege. A w wikend zwierzęta mogą krwawić, zdychać, dusić się we wnykach, bo rzuciliśmy karkówkę na gryla i się nie ruszamy.

Przykro mi, ale do takiego wniosku doszłam. Ekolodzy nie walczą o dobro świata w wikendy.

Ten ptak akurat był zdrowy. Ale ludzie znajdują zwierzęta w różnym stanie. W kolejną niedzielę byliśmy w innym ośrodku, ratującym zwierzęta i powiem Wam, że stan jednego był taki, że wstyd. Także zaniedbanie wydaje się być regułą. Ja nie wymagam, żeby ekolog zapierniczał 24/7 za zwierzątkami, ale coś takiego jak dyżury, grafik. Zapytajcie Biedronki, jak to robi, że zawsze ktoś tam pracuje.

Pielęgniarki potrafią pracować w soboty i niedziele, sprzedawcy różnej maści też to robili, dopóki pan szef partii im tego nie zabronił. A ekolodzy z ideą wielką – nie pracują.

Przecież te chore, przetrącone i młode ptaszydła czy inne sarny muszą codziennie jeść. Skoro ktoś je karmi, dogląda, jest na dyżurze, to mógłby podjechać albo pozwolić, żebym ja podjechała do niego…?

W końcu z lasu ktoś mi odpisał na fb (którego normalnie nie używam, ale miałam cały dzień przed sobą i jakiegoś dzikiego ptaka na balkonie). Odpisał że w niedziele nie pracujo. Ale na fb siedzo. Dzięki.

Potem z lasu ktoś nawet zadzwonił (bo oprócz dzwonienia do nich, napisałam też smsa), przepraszam za wyrażenie: popitolił, ale nie chciał, żebym im to przywiozła. W poniedziałek mam dzwonić na eko patrol.

Jakimś cudem gołąb przeżył do następnego ranka, choć raczej nie jadł. Natura jest niezwyciężona, powtórzę po raz enty.

W poniedziałek oddzwonił eko patrol. Panowie przyjechali, podałam im. Koniec historii.